• Krzyz na kosciele
  • Widok kosciola z drona

    

Rozważania na XXXIII Niedzielę zwykłą - 19.11.2023

 

 Fragment książki Eremity - "Wprowadzenie do modlitwy mistycznej" - wydanej przez Wydawnictwo eSPe - 2011

 

M0DLITWA SERCA

 

Nie przeciwko tobie, o rozumie,

ale ponad ciebie postawiłem serce.

Tak, oczyściwszy zmysły,

z wolą bardziej spokojną

przeprawię się przez Noc.

  Po części zdaliśmy sobie sprawę z cierpień i win skrywających się w naszym sercu. Dołożyliśmy starań, by wyszły one na światło dzienne, i z ufnością oddaliśmy je Panu, aby On opatrzył nasze rany. Z pewnością brała w tym udział nasza wola, jednak nie była ona całkowicie samodzielna i niezależna. Akt powierzenia naszego uzdrowienia Bożemu miłosierdziu mógł nastąpić, ponieważ sam Bóg wtargnął w nasze serce jako pierwsze oczyszczające oświecenie. Wywrócił do góry nogami nasze nieuświadomione przyzwyczajenia do wypierania traum, niepokojów i pamięci o grzechach.

  W chwili, kiedy całe to błoto, dzięki działaniu Boga w naszym sercu, zostaje wyniesione na powierzchnię świadomości, ogarnia nas obrzydzenie. Odkrywamy, że jest w nas zgnilizna, z której aż dotąd nie zdawaliśmy sobie sprawy, zaś teraz widzimy ją tak, jak widzi ją Bóg.

  Wielcy święci, kiedy osiągają ten stan, modlą się żarliwie słowami wyrażającymi skruchę i uwielbienie. Oto modlitwa św. Anieli Merici (zm. 1540):

Panie mój, rozjaśnij ciemności mego serca i daj mi łaskę, bym raczej umarła, niż miała obrazić dzisiaj Twój Boski Majestat. Daj stałość moim uczuciom i zmysłom, abym nie zboczyła z drogi ani na prawo, ani na lewo, by mnie nie odwróciły od Twego przejasnego oblicza, które jest pociechą każdego strapionego serca.

Biada mi nieszczęsnej, bo kiedy wchodzę w tajniki mego serca, ze wstydu nie ośmielam się podnieść oczu ku niebu, wiedząc, że zasłużyłam na pożarcie żywcem w piekle.

Widzę w sobie tyle błędów, tyle brzydoty i niegodziwości, tyle straszliwych, przerażających stworów i wyobrażeń.

Dlatego czuję się przynaglona, by dniem i nocą, czy śnię, czy pracuję, czy myślę, zanosić do nieba błagalne wołanie o miłosierdzie i czas na pokutę.

Racz, o najłaskawszy Panie, przebaczyć mi wszystkie moje grzech i przewinienia, jakie popełniłam od dnia mego chrztu świętego aż do dziś.

Racz też przebaczyć grzechy popełnione – niestety – przez mego ojca i matkę, przez moich krewnych i przyjaciół oraz grzechy całego świata […] Amen”.

  Dusza wierzącego, gdy uzdrawia ją Bóg, widzi w sobie samej „tyle błędów, tyle brzydoty”, że uważa się za godną „pożarcia żywcem w piekle” i wówczas doświadcza palącego żaru: z jednej strony chciałaby odpowiedzieć cnotą, aby nie sprawiać Bogu przykrości; z drugiej odkrywa, że nie dysponuje jeszcze niezbędną siła i brak jej stałości.

  Uwalnia zatem własna udrękę w jedynym możliwym wołaniu: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!” - tak wołał w świątyni celnik, ponieważ nie umiał się modlić w inny sposób (por. Łk 18,13).

  Ten okrzyk jest znakiem wiary duszy bezsilnej, ale spragnionej lekarza. Poprzez to synowskie wezwanie krucha wiara wzrasta w sercu w sposób najczystszy, bo nieskażony żadnym moralizatorstwem. Wówczas Pan zaczyna działać – powiemy o tym później – i stopniowo wyrywa chwasty, a następnie obdarowuje człowieka łaską usprawiedliwienia: „Ten odszedł do domu usprawiedliwiony” (ŁK 18,14). O tej łasce już mówiliśmy.

  W efekcie Boże światło, które do tej pory spowijała „ciemna noc”, zaczyna oświecać chore serce człowieka, a modlitwa staje się błaganiem osoby uzdrowionej: wierzący dziękuje i raduje się z opatrzenia tych ran, z którymi sam nie mógł sobie poradzić. Ostatecznie różnica pomiędzy sercem będącym na drodze do wyzdrowienia a sercem chorym jest ogromna, a człowiek uzdrowiony przez Pana ma wrażenie, że jego serce bardziej przypomina serce niebieskiego Lekarza.

  Jeśli nasze wnętrze zostało uzdrowione, nie grozi nam niebezpieczeństwo mechanicznego i pozbawionego osobistego zaangażowania powtarzania formuły: „Panie Jezu Chryste, synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym”. Przeciwnie, teraz taka modlitwa pozwala duszy kosztować pocieszenia będącego przedsmakiem życia wiecznego i odpowiadającego zbawczemu pragnieniu Chrystusa.

  To wezwanie jest fundamentem całej naszej modlitwy, ponieważ czyni ludzkie serce bardziej wrażliwym i je udoskonala. Teraz jest ono zdolne do przyjęcia wszelkich łask, delikatnych gestów i spojrzeń, jakimi obdarza nas Chrystus. Jezus sam nam to zagwarantował, mówiąc, że ewangeliczny celnik został usprawiedliwiony. Ten stan modlitwy dotyczy wszystkich, a nie tylko wybranych. My wszyscy możemy być zbawieni, jeśli błagamy o miłosierdzie Boże.

  Modlitwa, o której mówimy, to modlitwa teologalna – skłania Boga do takiego postępowania z nami, jakie widzimy u ojca w przypowieści o synu utraconym i odnalezionym (Łk 15,11-32). Modlitwa serca (taka jak celnika) daje nam pewność, że Ojciec niebieski weźmie nas w ramiona – jak w przypowieści – jeszcze zanim wyjaśnimy Mu nasze niepowodzenia. W ten sposób doświadczamy głębi Jego miłości. Przekonamy się, że On obdarowuje nas nie tylko pocieszeniem, ale i życiem w swoim własnym domu – życiem, w którym pozwala nam uczestniczyć intensywniej, niż byłoby to możliwe, gdybyśmy się od niego nigdy nie oddalili.

  Nic dziwnego, że owocem tej modlitwy powtarzanej bez znużenia są niezliczone przypadki zmartwychwstania poranionych dusz, uwięzionych serc, pogmatwanych osobowości, ludzi o nieuporządkowanej uczuciowości. W słynnej książce Szczere opowieści pielgrzyma przedstawione jego ojcu duchowemu, bohater tak wyjaśnia efekty tej modlitwy:

A znieważy mnie ktoś, to tylko wspomnę, jakie pocieszenie niesie Jezusowa modlitwa, i zaraz uczucie znieważenie i złości mija i wszystko zapominam. Stałem się jak człowiek niespełna rozumu: ani nie troszczę się o nic, ani nic mnie nie zajmuje. Na to, co mogłoby mnie rozpraszać, nie patrzę, chciałbym tylko trwać w moim osamotnieniu. Przyzwyczaiłem się tylko do jednego i tego właśnie pragnę: by nieustannie wzywać imienia Jezusa; kiedy tym się zajmuję, czuję się radosny. Jeden tylko Bóg może wiedzieć, co się ze mną dzieje. […] Po pięciu miesiącach tych samotnych modlitewnych ćwiczeń i wspomnianych słodyczy tak przywykłem do modlitwy serca, że trwałem w niej nieustannie, aż wreszcie poczułem, że modlitwa już sama, bez żadnej z mej strony pobudzenia, dokonuje się i dźwięczy w mym umyśle i sercu, nie tylko gdy czuwam, ale i we śnie nic jej nie przerywa, nawet na najmniejszą chwilkę, cokolwiek bym czynił”.

  Oto jak można odpowiedzieć na zachętę Jezusa, powtarzaną przez św. Pawła, które wielu wydaje się niemożliwa do zrealizowania: „Nieustannie się módlcie!” (1Tes 5,17-18; Łk 18,1; Ef 6,18).

  Naszym zadaniem jest jedynie proszenie Pana każdego dnia, aby otworzył nam oczy i dał nam siłę do walki z lenistwem, przez które nie potrafimy postrzegać siebie samych takimi, jakimi naprawdę jesteśmy. To jest bardzo wielka łaska: najkrótsza, najdoskonalsza i nieustannie dostępna droga, milczące powtarzanie w sercu wezwania Pana. Jak w różańcu... Przez stulecia tysiące mnichów praktykowało wyłącznie tę modlitwę wewnętrzną, czyli modlitwę serca. Potrafiła ona doprowadzić ich na szczyty zjednoczenia z Bogiem, a początkiem tej drogi było ich ubóstwo. Dlaczego? Bo jeśli nie ustaje się w tej modlitwie, przychodzi taki dzień, kiedy człowiek nie odczuwa już własnej kruchości; nie dlatego, że już jej nie ma, lecz dlatego, że nie patrzy się na nią z niepokojem. Wpatrując się nieprzerwanie w Pana przyzywanego słowami modlitwy, człowiek przestaje się koncentrować na własnej słabości.

  Ponadto, gdy człowiek nieprzerwanie powtarza szeptem to samo wezwanie (bracia wschodni nazywają je: monologhostos), imię Jezusa – a zatem imię samego Chrystusa obecnego w swoim imieniu – staje się ono obecne w każdej rzeczy, na którą patrzymy,i we wszystkim, co robimy. Dzięki temu nawet analfabeta, modląc się nieustannie w ten sposób, uświęca wszystko wokół siebie, jednocząc cała rzeczywistość z imieniem Jezusa. W ten sposób doskonale realizuje kapłański charyzmat wspólny wszystkim wiernym, otrzymany na chrzcie.

  Dotyczy to w równym stopniu ludzi żyjących w eremie w głębi pustyni, jak i tych, którzy przemierzają zatłoczone arterie wielkiego nowoczesnego miasta. […] Zawsze jest możliwe dostrzeżenie oblicza Chrystusa na zmęczonych i często nieprzeniknionych twarzach ludzi, z którymi mijamy się na ulicy, w metrze, w supermarkecie; wystarczyłaby iskierka nadziei, by te twarze stały się radosne (M. Evdokimov, Otworzyć serce, s.63).

  Ta modlitwa wprowadza nas w zagadnienie słynnej „mistyki serca”; pozwala nam przejść od „Jezusa obecnego przed naszymi oczami” do „Jezusa ukrytego w sercu”. Taka zmiana odpędza wszelkie trudności uniemożliwiające skupienie wewnętrzne.

  Niestety, ta droga mistyczna nie jest właściwie doceniana na Zachodzie – w kulturze, która odziedziczyła racjonalistyczny (kartezjański) pogląd na władze umysłowe i ich działanie. Mówiąc słowami ojców bizantyjskich, my dzisiaj kochamy polyloghia i dysloghismoi – wielość słów i rozumowanie trudne do ogarnięcia, a w konsekwencji zarezerwowane tylko dla osób wykształconych. Pogardzamy pokojem wewnętrznym (hesykhia), tak bardzo cenionym u chrześcijan wschodnich, którzy nie byli tak otwarci na idee oświecenia. Przeciwnie, pod koniec osiemnastego wieku oni rozpoczęli tzw. „filokaliczne odrodzenie” prawosławia! (Filokalia to zbiór ascetycznych i mistycznych tekstów dawnych mnichów, uważany za brewiarz hezychazmu).

  „Modlitwa nieustanna” oznacza także „modlitwę natychmiastową” - towarzyszy człowiekowi o każdej porze dnia. Widząc dobre uczynki, od razu wielbimy Pana myślą; na widok cierpienia szepczemy: „Panie zmiłuj się nad nim lub nad nimi”; słysząc obrazę Boga, prosimy Go w myślach o przebaczenie dla obrażających; kiedy spada na nas jakiś krzyż, dziękujemy Bogu, że przez to poniżenie chce nas oczyścić, aby następnie przyodziać nas ukrytą chwałą; w pracy wzywa się Ducha sumienności; a przypadku pokus – Ducha męstwa itd. W ten sposób myślenie o Bogu staje się trwałym przyzwyczajeniem, niczym oddech dla duszy. Staje się życiem...

  Zauważyliście pewnie, że często używam słowa „serce”. Rozumiem ten termin w jego pierwotnym znaczeniu – tak jak rozumieli go autorzy Biblii i święci ojcowie. Serce to miejsce, gdzie mieszka nasza wolność sumienia i gdzie dokonuje się wybór moralny (por. Rdz 8,21; Wj 8,15; Ps 51,19; 1P3,4 itd.). W Piśmie Świętym serce wspominane jest ponad tysiąc razy.

  Znaczenie tego terminu dalekie jest zatem od sentymentalizmu, jaki przypisywała mu literatura romantyczna. Serce scala w nas wymiar psychiczny, fizyczny i duchowy oraz przyjmuje impulsy pochodzące z różnych sfer i władz człowieka. Kiedy serce raduje się czy cierpi, wyraża to emocjami, będącymi jego językiem. Lecz kiedy zostanie ono całkowicie oczyszczone, wówczas – nadal posługując się językiem emocji (takie jest narzędzie wybrane przez naszego Stworzyciela) – może przekazywać nam treści dotyczące naszego zbawienia. Na przykład nieład moralny wyraża się na zewnątrz jako zachwiana emocjonalność; nadmiar miłości do Boga daje się poznać jako wzruszenia psychiczne itd.

  W rezultacie modlitwa serca nie jest celem do osiągnięcia, ale sposobem życia typowym dla chrześcijan. Powierzenie się litości Jezusa zakłada wiarę w to, że jest się przez Niego kochanym. Taka wiara jest darem samego Boga: wierzymy w Jego miłość, bo On podarował nam swojego Ducha. W przeciwnym wypadku nie potrafilibyśmy wierzyć!

  Jeśli człowiek nieustannie praktykuje modlitwę serca, stopniowo odkrywa jej sens, a ona wprowadza go w doświadczenie mistyczne.

Ojcze,

teraz pragnę, abyś był całkowicie sobą we mnie,

w tej relacji, którą ustanowiłeś

w moim sercu.

Nie chcę Cię już pomniejszać,

aby dostosować Cię do moich niewierności.

Wzmocnij we mnie na Twój obraz,

abym mógł okazywać

czułość względem Ciebie.

  To jest modlitwa serca wyrażająca ludzką wolę przeżywania nadprzyrodzonej łaski nie w samotności, lecz w sercu Boga. Wymaga ona przebycia pewnej drogi, i to bez pośpiechu. Podczas tej podróży w którymś momencie odkrywa się, że nie oznacza proszenia, lecz przyjmowanie Ojca niebieskiego, który ofiarowuje się nam przez Jezusa. Jeżeli przyjmiemy Pana, oto Bóg poprzez Ducha Świętego rodzi w nas Syna. Chrystus rodzi się w nas podobnie, jak zrodził się z łona Maryi.

  Jest napisane: „I przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać” (J 14,23; por. Ap 3,20). Człowiek nosi w swym sercu mistyczny odblask miłości trynitarnej. W obliczu tej zdumiewającej perspektywy nie jesteś w stanie pojąć, jak to się dzieje, że tak wielu ludzi może zadowalać się jakimiś zewnętrznymi praktykami religijnymi! Jeżeli dobrze to rozumiesz, pragniesz już tutaj, na ziemi, rozpocząć życie wieczne, a Trójca Przenajświętsza chce ci w tym dopomóc.

  Pierwszym sygnałem, którym dajemy Bogu do zrozumienia, że chcemy wejść w życie wieczne, jest właśnie rozpoczęcie modlitwy serca – błaganie Pana, aby On otworzył nas na swoją siłę, którą jest łaska nadprzyrodzona. Wówczas Bóg Trójjedyny okazuje nam pomoc. Jej pierwszym znakiem jest oczyszczenie serca (Pan nie lubi śmieci). Oczyszczona zostaje także dusza, której „pudłem rezonansowym” jest serce. Grzech bowiem to rzeczywistość duchowa, mająca realny wpływ na sfery fizyczną i psychiczną, a te rozbrzmiewają w naszym sercu.

  Drugim znakiem Bożej pomocy jest przemienienie pamięci. Ta nasza władza, która – wypełniona milionami obrazów grzechu i strachu – do tej pory przeszkadzała nam w skupieniu, teraz zaczyna projektować na ekranie naszego serca obrazy będące owocem oczyszczenia, czyli zwrotu ku Bogu w postawie ufności i posłuszeństwa względem Niego. Te obrazy pokazują nową zawartość naszego serca i skłaniają do ostatecznego pojednania się z Bogiem.

  Teraz natomiast – gdy modlitwa schodzi na poziom serca – na nic się zdają nawet pobożne medytacje (te mogą być niekiedy wyrafinowaną próbą „wślizgnięcia się” do domu Pana i podobania się Bogu, zamiast oczekiwania, aby On pierwszy zapukał do drzwi mieszkania). Pobożne medytacje niekiedy zaczynają nam wręcz przeszkadzać, bo jeżeli zaczęliśmy modlitwę w sercu, nasz umysł woli pozostać w stanie odpocznienia (gr. hesykhia).

  Modląc się w sercu, nie dostrzegamy już naszej biedy ujawniającej się w naszych próbach dotarcia do Boga, lecz widzimy Stwórcę, który z uśmiechem wkracza do naszej wewnętrznej twierdzy przez wejścia, o których wam mówiłem. W ten sposób Pan chce się nam dać poznać w osobistym doświadczeniu. Ta chwila nas zdumiewa: jest to mistyczne doświadczenie, czyli tajemnicze, lecz realne poznanie Boga. Sam zaś modlący się w sercu, pozostając grzesznikiem, jest teraz mistykiem (gr. mistikos): kimś spowitym tajemniczą obecnością Boga. W ukryciu wzmacnia się miłosna relacja dwóch spojrzeń i dopełniają się zaślubiny, dzięki czemu ten, który łączy się z Panem, jest z Nim jednym duchem (por. 1 kor 6,17).

  Na koniec proponuję dłuższą modlitwę serca, którą spontanicznie można odmawiać każdego dnia:

Słodkim mi się stało, o Jezu,

wołanie do Ciebie, który jesteś drogą

prowadzącą do serca Ojca,

bo zrozumiałem, że w Tobie ludzkość jest uświęcona

i w ten sposób została umocniona moja nadzieja.

Wyzwól mnie zatem od żalu, upodlenia i pragnienia niezależności;

w przeciwnym razie skłaniać się będę do buntu, oszustwa i zadowolenia.

Zabierz z mego serca błędne wrażenie,

że jestem samotny i daleki od Ciebie

podczas tego ziemskiego pielgrzymowania.

Błagam Cię, bo jest we mnie

Twój duch.

Zdobądź dla mnie u Ojca w pełni to,

co teraz po części dałeś poznać

memu biednemu sercu.